Historia

Nie znamy dziś źródeł, które opowiedziałyby nam o początkach dziejów Komborni.
Z różnych wskazówek wnioskujemy, że wiązać je należy z planową działalnością gospodarczą państwa wspierającą rozwój osadnictwa, którego największe nasilenie przypadło na czasy panowania króla Kazimierza Wielkiego.

Osadnictwo w tym okresie dokonywało się głownie poprzez wchłanianie rezerw ludnościowych samej Polski. Europa zachodnia wyczerpała bowiem swoje możliwości dostarczania osadników za sprawą epidemii dżumy, której efektem były olbrzymie straty demograficzne. Chociaż na Podkarpaciu rozpoczął się już proces osadzania pasterskiego osadnictwa wołosko-ruskiego to jednak pierwszymi mieszkańcami osady była prawdopodobnie ludność niemiecka, wcześniej osadzona na Śląsku. Z pierwszych pisanych wzmianek o osadzie, z roku 1426, poznajemy też pierwszą wersję pisowni nazwy osady - Kaltborn.

Ks. Sarna, opisując powiat krośnieński, utrzymuje, iż pierwotnie osada nosiła nazwę Kalmbornia  -

,, ... co może jest zepsute Kaltenbrünn – Zimna woda, studnia ...”.

Przytacza też za innym duchownym, alternatywną, barwnie opisaną historię powstania osady i jej nazwy:

... Na milę odległości od Korczyny ku wschodowi jest stok góry jednostajny, a widok stąd taki jak z zamku odrzykońskiego na kotlinę. Ten stok spodobał się Niemcom; głogi, tarninę, krzewy wykarczowali, założyli osadę na stronie od południa wystawionej, i od placu nazwali z niemiecka Kahlenborn – to jest łysa i z cierni wykarczowana. Stąd wyszła spolszczona nazwa sioła Kalnborna, później Komborna, dziś Kombornia ...

Jeszcze w XV wieku pojawia się kolejna, spolonizowana wersja nazwy – Kąbornia. W tym brzmieniu częściowo przetrwała do ostatnich dziesięcioleci XIX wieku, kiedy to ostatecznie zostaje wyparta na rzecz pisowni dzisiaj nam znanej.

Za czasów króla Władysława Jagiełły Kombornia wchodzi w skład dóbr przynależnych do zamku Kamieniec, który za zasługi w służbie dworskiej, król (pomiędzy 1390 a 1408 rokiem) nadaje Klemensowi z Moskarzewa, podkanclerzemu na dworze królewskim, protoplaście rodu Kamienieckich h. Pilawa.

Włość kamieniecka i wchodząca w jej skład Kombornia pozostaje w rękach rodu Kamienieckich do roku 1530, kiedy to od spadkobierców mocno zadłużonego Mikołaja Kamienieckiego (hetmana wielkiego koronnego i wojewody krakowskiego) nabywa ją Seweryn Boner h. Bonarowa (kasztelan sądecki, żupnik, burgrabia i wielkorządca krakowski), ówcześnie już także właściciel Ogrodzieńca.

W roku 1593 dobra kamienieckie z Kombornią, jako wiano Zofii Boner, dostają się w posiadanie rodu Firlejów, którzy dzierżą je do około 1730 roku. Wtedy to, od ich spadkobierców odkupują ją Jabłonowscy. W niedługim czasie, bo już 26 lipca 1756 roku wydzieloną z klucza Kombornię nabywa Adam z Urbanic Urbański h. Nieczuja (podstoli sanocki, deputowany na trybunał koronny 1756 roku z województwa podlaskiego) obierając ją na swoja siedzibę. Z aktu kupna wiemy, iż Kombornia, jako posiadłość, składała się z dworu, folwarku, ogrodów, sadów, pól, lasów, borów, łąk, stawów, sadzawek, młynów, browarów, karczem i powinności związanych z poddanymi.

Urbańscy h. Nieczuja wywodzili się z województwa sieradzkiego. Z rodzinnych przekazów (spisanych przez potomka Adama 4 pokolenia później), wynika, że dobra Kombornia miał (zapewne dzierżawił) już dziadek Adama - Franciszek, twórca fortuny Urbańskich w sanockiem. Miał on być dzielnym żołnierzem, który dosłużywszy się rangi Jenerał Komendanta wojsk koronnych wysłany został na Ruś dla oczyszczenia jej od Tatarów. Za zasługi, tyle od króla ziemi dostał ile sam chciał.

Po nim fortunę odziedziczył jego syn Ignacy, podstoli sanocki, ojciec dziewięciu synów. Pomimo tak licznych sukcesorów, dobra nie uległy rozproszeniu. Trudno dziś rozstrzygnąć, w jakim stopniu stało się to dzięki świadomym działaniom Ignacego, a w jakim kombinacji chciwości i przypadku. Trzech synów było jezuitami i w kolegium swoim poumierali. Czwarty syn Ludwik Onufry był księdzem, doczekał się sufraganii, ale breve papieskie mianujące go biskupem zastało go już na katafalku. Piąty syn, Szymon, był także księdzem, proboszczem w Besku. Szósty syn, Felix, był kawalerem, siódmy zaś Maciej ożenił się w radomskiem. W domu pozostało, więc dwóch: najstarszy Adam, który objął prawem starszeństwa majątek i młodszy Kajetan, który tym samym prawem mógł po rodzicach dostać tyle ze spuścizny ile się starszemu bratu dać spodobało. A panu Adamowi podobało się nic bratu nie dawać i w zamian bezpłatnego wypełniania nałożonych obowiązków gospodarskich oczekiwać.

Kajetan ukończywszy lat 36 odważył się w końcu brata poprosić by coś mu jednak ze spuścizny po ojcu oddał, by mógł się usamodzielnić i ożenić. Pan Adam wpadł na takie dictum we wściekłość i w odpowiedzi brata obił. Kajetan z domu uciekł, dobę w iskrzyńskiej dąbrowie przesiedział, gdy przyszedł mu z pomocą sąsiad Franciszek hrabia Bukowski. Pouczywszy Kajetana jak ma starszego brata przeprosić pojechał do Komborni by do zgody miedzy braćmi doprowadzić. Pan Adam dał się przebłagać, choć planował bratu sto bizunów na kobiercu wyliczyć. Kazał bratu podpisać dokument, w którym ten zrzekał się na jego rzecz wszelkich pretensji i praw do spadku po ojcu i braciach, nie precyzując jednak za ile a „wszak ze to nie żarty, bo to miliony” były, jak zauważył obecny przy akcie ksiądz. Kajetan dokument podpisał, brat zaś wyszedł do swojego gabinetu, i długo nie wychodził rachując się widać ze swoim sumieniem. Na koniec wyniósł 30 000 reńskich dając je bratu. Obecni zaniemówili ze zdumienia: był to ledwie kilkuletni procent od majątku. Hrabia Borkowski w poczuciu bezradności poradził Kajetanowi „...iżby ufał w Bogu, który mu pewnie dopomoże, jeżeli szczerze pracować zechce na kawałek chleba...”. Kajetan następnego ranka do brata się udał i padłszy mu do nóg za rzeczywiste i wyimaginowane przewinienia swoje przeprosił. Brat pożegnał go zimno, rad nie szczędząc, które pewnie jemu samemu bardziej by się przydały. Młody człowiek dosiał swojego siwosza i opuścił dom rodzinny, łatwo się domyślić, jakimi uczuciami targany. Nie był to ostatni raz, kiedy Adam, kosztem Kajetana, swój majątek powiększył. Kiedy zasłabł ich wspólny brat, ksiądz Ludwik Onufry, sufragan przemyski, Adam, który bliżej mieszkał natychmiast do niego przybył i zdążył przed zgonem wymóc by ten jemu tylko zapisał cały swój znaczny majątek. Składały się nań dobra Dolina, Bykowce i Paszowa oraz ogromny zapas 300 beczek wina. Zupełnie odmienną rolę w powiększaniu majątku Adama Urbańskiego odegrała jego żona Aniela Grocholska. Nie dość, że mu przyniosła znaczny posag to jeszcze za jej namową poczynił trafne inwestycje, czy to nabywając klucz Besko, czy podejmując w czasie głodu budowę drogi węgierskiej od Dukli przez Kombornię do Przemyśla, finansowaną ze zgromadzonych zapasów zboża.
Adam i Aniela doczekali się dwóch synów; Stanisława i Ignacego oraz córki Ludwiki.

Młodszy Ignacy był wysokiego wzrostu i nieprzeciętnej urody. W szkołach uczył się jedynie języków, gardząc gruntowniejszym poznaniem innych nauk. Nosił się natomiast po francusku i czas trawił na wojażach, trwoniąc majątek na przyjemności. Kiedy mu brakowało pieniędzy nie przebierał w środkach by je zdobyć. I tak na przykład wyłudził 5000 dukatów od swojego kuzyna Ludwika (syna Kajetana) w zamian za które dał mu jakoby trzy wsie w dzierżawę obiecując ze odziedziczy je po jego śmierci. Następnie w przeciągu czterech lat odbierał wsie kolejno, by ostatecznie kuzyna z nich wyrzucić. Przed swoją śmiercią w styczniu 1824, właśnie te trzy wsie swojej siostrze Ludwice darował a resztę zaś, która mu z majątku pozostała, pozostawił bratu Stanisławowi.

Ludwika, pozbawiona urody, wręcz brzydka kobieta, rekompensowała ten niedostatek rozumnością. Nadto była chciwa, przebiegła i lubiąca się procesować. Przykrywała te wady szczodrością dla biednych. Wyszła za maż za Pana Rosnowskiego właściciela znacznego majątku w przesmykiem, który na jej nieszczęście okazał się być nałogowym wielbicielem trunków.

Wreszcie Stanisław, który okazał się być rozumnym bogobojnym i poczciwym człowiekiem. Zamiłowanie do nauki sprawiło ze edukację ukończył z najlepszymi wynikami na Uniwersytecie w Warszawie. Następnie despotyczny ojciec nakazał mu powrót do domu. Tu jednak okazało się, że trzy lata próżnował, bo zamiłowania do gospodarstwa nie miał nadto okazało się, iż despotyczny ojciec, choć „był panem milionowym” za życia swojego nic z majątku dać mu nie zamierza. Wtedy Stanisław zaczął próbować swoich siła na polu literatury. Prędko jednak zorientował się, iż chleba mu to nie da. Ponieważ żołnierzem zgodnie z życzeniem ojca być nie mógł, udał się bez jego wiedzy do Warszawy i tam wuj Minister pomógł mu dostać posadę Pisarza Koronnego w Ministerium z uposażeniem 4000 zł pensji. Choć specjalnie powabny nie był to pensja i stanowisko uczyniły z niego dobrą partię i Warszawa stanęła przednim otworem. Osobę, w której ulokował swoje uczucia, spotkał w Kościele xx. Kapucynów. Urzekła go pięknem swej rozmodlonej postaci i domniemaną pobożnością. Przełamując nieśmiałość odważył się napisać bilecik, w czas jakiś później wyznać uczucia. Szczęście jego zdawało się nie mieć granic, gdy o odwzajemnieniu swoich uczuć został upewniony. Dnia następnego dowiedział się, iż osoba ta była metresą wielu Panów. Poczuł się zdradzony i oszukany, poprzysiągłszy nienawiść wszystkim niewiastom i zdecydował nigdy się nie żenić. Wtedy przyszedł do niego list od matki. Donosiła w nim, iż ojciec stęskniwszy się za nim wzywa go do powrotu do domu obiecując oddać mu trzy wsie: Dolinę, Bykowce i Kosterowice. Stanisław zdecydował postąpić zgodnie z prośbą ojca. Wystąpił do króla (Stanisława Augusta Poniatowskiego) o dymisję. Król dymisje dał, osobiście żegnając się z pracowitym urzędnikiem, którego właśnie zamierzał mianować referendarzem. Ojciec zimno przywitał Stanisława w Komborni, ale przyrzeczenia dotrzymał. Stanisław rozpoczął swoje gospodarowanie od wystawienia sobie domu mieszkalnego w Kosterowicach.

Będąc już na łożu śmierci Adam wezwał Stanisława i Ignacego i nakazał:

... Kochajcie się i kochajcie braci Waszych stryjecznych, bo ich ojcu wyrządziłem krzywdę wielką i chociaż w testamencie moim kazałem Wam, abyście dzieciom brata mego Kajetana zapłacili 300 000 złotych reńskich to jednak krzywdę już zrobiłem. Biedny Kajetan walczył całe życie z potrzebą a mógł być większym ode mnie panem, bo był pracowitym a ja go zaś tak długo bezczynnie u siebie trzymałem ...

Słysząc o tym siostra ich Ludwika, przeraziła się ze ojciec podzielił dobra pomiędzy synów jej zaś tylko sumę posagowa wyznaczył. Przybywszy do Komborni po jego śmierci, odnalazła testament i nikomu nie pokazując spaliła w kominku, co widziała towarzysząca jej panna. Tym sposobem otworzyła drogę do procesów o podział majątku. W ich wyniku podzielony został na trzy części. Ostatecznie od roku 1803 dobra Kombornia, Wróblik i Suchodół z przyległościami znalazły się w rękach Stanisława. Dobra Haczów, Odrzechowa, Darów, Kosterowice, Czerledź, Dolina, Bykowce i Paszowa dostała się Ignacemu. Klucz Besko objęła zaś Ludwika.

Takim podziałem czuł się skrzywdzony Stanisław. Wszakże już wcześniej dostał od ojca Kosterowice, Dolinę, Bykowce i Paszową, nie chciał, więc wspomnianych dóbr Ignacemu ustąpić. Sprawą zajęła się Ludwika: sprzymierzyła się z Ignacym przeciw Stanisławowi. Ten ostatni zaś, jako że żadnego dokumentu od ojca na te dobra nie dostał a testament był spalony procesy przegrał i został przez komornika z dóbr usunięty. Ludwika postarała się by Ignacy nagrodził ją za to, że stanęła po jego stronie: dopilnowałaby tenże przed swoją śmiercią w 1824 roku zapisał jej Paszową, Dolinę i Bykowce.

Ludwice nie szły jednak interesy, zapewne za sprawa poczynań swojego trunkowego męża utraciła kolejno dobra uzyskane po rodzicach i bracie. Postanowiła wiec przypilnować poczynań Stanisława, którego zaprzysięgłe starokawalerstwo zapowiadało, szczęśliwą dla niej perspektywę, bezpotomnego opuszczenie tego świata przez brata.

Tymczasem będącego w sile wieku Stanisława tak opisuje, wywodzący się z linii odrzykońskiej, Ludwik Grzymała Jabłonowski:

... Cześnikowicz, stary dziwacznej powierzchowności kawaler, dziwak, ale zacny człowiek. Wysoki barczysty, pod niskim czarną czupryną najeżonym czołem, łączyły mu się nad nosem czarne, iżem (jeżem) sterczące brwi. Z uszu i nosa, na którym było ich nieskąpo, wyrastały długie, grube jak szczecina włosy. Zawsze w czarnym fraku i w węgierskich na spodnie butach, czasami opinał szyję wstążką, prawdopodobnie maltańskiego orderu. Wyobraźnia nawet mniej niż moja tańcująca, widzieć mogła w nim, wilkołaka połykającego niegrzeczne dzieci. Chłopców z dóbr swoich wysyłał na wychowanie do Węgier; tam jedni wyuczeni węgierskiej muzyki, wracali by zasilić nadworną kapelę, z którą napadał spokojnych sąsiadów, przerażając kobiety i dzieci rykiem straszliwych czardaszy. Drudzy, pisemnie wykształceni, obejmowali nadworne i gospodarcze urzędy, a gdy się który chudo trzymał, ofukiwał go cześnikowicz: postawiłem cię u żłobu, żryj żebyś mi nie wyglądał na chudaka. Wraz z posadą każdy miał imienisko – komisarz zwał się Drabuś, ekonom – Filuś lub Złodziś, marszałek – Hitzig. Dominującą namiętnością cześnikowicza było ziarnem i jałowcem tuczyć gile (samce), by je kupami przesyłać sąsiadom. [...] Po 1831 roku mniemając, że Czartoryscy wskutek powstania utracili całą fortunę, posłał im donacje całego majątku z prośba, by weszli w posiadanie. Książę Adam nie przyjął, znać nie miał familijnej rady pod bokiem ...

Stanisław, sam o sobie mówił, że nie miał smykałki do gospodarstwa, majątkowi nic nie przydał, wręcz przeciwnie stan jego coraz dalszy był od kwitnącego, czując ciężar lat zaczął się rozglądać za sukcesorem. Siostry Ludwiki nienawidził widząc w niej przyczynę, która poróżniła go z bratem, co sprawiło, że pierwszej części zaleceń umierającego ojca nie dopełnił. Być może ciążyło mu też, że nie stało się zadość woli ojca, by finansowo zrekompensować wykluczenie Kajetana a następnie jego dzieci z udziału w majątku. Wybrał, więc na sukcesora swojego chrześniaka Feliksa, jednego z dwóch wnuków Kajetana.

Ojcem ich był syn Kajetana, Ludwik, urodzony w 1773 roku. Od dziecka wykazywał się Ludwik wielką pracowitością i zdolnościami do gospodarstwa. Widząc to uprosiła go wspomniana już Ludwika Rosnowska, by w zastępstwie jej zniedołężniałego i trunkowego męża w jej dobrach rządził. Poświęcił się, więc siostrze stryjecznej i kilka lat dla niej pracował. Kiedy zmarł jego ojciec Kajetan wrócił do rodzinnych Kołonic (które Kajetan nabył wraz z Jabłonkami za pieniądze otrzymane od brata Adama i z których rodzinę swoja utrzymywał). Żeniącym się braciom Ludwik kolejno ustąpił obie wsie i poszedł na dzierżawę zabierając ze sobą swoja siostrę przyrodnią Teklę. Najpierw wzięli w dzierżawę wieś Polanę, a gdym im się szczęśliwie wiodło- następną Ustianowę. Pracowicie i zgodnie gospodarując, zyskali uznanie sąsiedztwa i za wzór godnego naśladowania rodzeństwa byli stawiani. Tekla nie była urodziwa, ale znalazła męża w osobie Marcina Urbańskiego przystojnego, wykształconego i wcale bogatego pana. Ludwik gospodarstwem zajęty, nie miał czasu na szukanie żony. Mimo to poznał jednak ładną i gospodarną pannę, 16 – letnią podówczas Domicellę Laskowską, którą pojął za żonę w roku 1809. Ludwik odkupił od rodzeństwa części schedy na Jabłonkach i Kołonicach i porzuciwszy dzierżawy w Kołonicach osiadł. W rok potem urodziła mu się córka. Ta jednak przeżywszy 4 miesiące zmarła. Następnie 18 maja 1811 roku przyszedł na świat Felix. Po nim urodził się drugi syn Leon (zmarły w wieku 4 lat), a w roku 1816 najmłodszy Ksawery. Niedługo po tym szczęśliwe życie tej rodziny miało się skończyć. W 1817 roku Ignacy Urbański (stryjeczny brat Ludwika) wyłudził od niego 5000 złotych reńskich w zamian za dzierżawę i obietnicę dziedzictwa Doliny, Bykowiec i Paszowy. Rodzina przeprowadziła się, więc do Doliny. Z tej, po czterech latach, została jednak wyrzucona w następstwie tego, iż Ignacy kolejno dzierżawione wsie Ludwikowi odbierał. Ludwik wydzierżawił dla żony wieś Olchowę sam zaś powrócił do Kłonic. Po trzech latach Domicella rozłączyła się sądownie z Ludwikiem. Ignacy pozostał przy matce, Feliksa zaś zabrał ojciec.

Feliks gimnazjum skończył we Lwowie i na tamtejszym uniwersytecie rozpoczął studia filozoficzne. W roku 1829r, nie mogąc się doczekać listu od ukochanego ojca, wiedziony złym przeczuciem wysłał umyślnego do domu. Ten, przybywszy do Kołonic, trafił na, właśnie się odbywający, pogrzeb Ludwika. Feliks niezwykle ciężko przeżył śmierć ojca. Nieprzytomnym chłopcem kilkanaście dni opiekował się przyjaciel. Ukończywszy semestr, wakacje spędził Feliks w Kołonicach. Odwiedził wtedy swojego ojca chrzestnego, stryja Stanisława w Komborni. Ten ciepło przyjął osieroconego młodzieńca deklarując, iż ma w nim drugiego ojca. Po wakacjach Feliks powrócił do Lwowa, by rozpocząć studia prawnicze. W roku 1831 we Lwowie wybuchła epidemia cholery, zbierając ofiary w każdym niemal domu. Do tego młodzież Lwowska zaangażowała się w powstanie listopadowe w takiej liczbie, że słuchaczy prawa zostało tylko 5. Uniwersytet wiec zamknięto. Feliks Lwowa nie chciał opuszczać i mając świadomość, że z Kołonic się nie utrzyma, postanowił zostać urzędnikiem. Kiedy napisał o swoim postanowieniu stryjowi Stanisławowi, ten w ostrych słowach odpisał ,,...że żaden z Urbańskich Niemcom nie służył i że on jako zastępca Ojca nakazuje mu powracać na wieś...”. Feliks rozkazu posłuchał, kiedy zaś przybył do Kołonic wybuchła tam cholera. Młody człowiek zorganizował szpital i niósł pomoc chorującym włościanom, o siebie nie dbając. Skutkiem tego wreszcie i on sam zachorował. Młody organizm poradził sobie z chorobą samodzielnie bez lekarstw i lekarza.

Stanisław zaangażowanie  w pomoc chorym pochwalił, ale narażanie życia uznał za lekkomyślność i za nią Feliksa zganił. Polecił mu następnie by postarał się formalnie o administrację majątkiem po ojcu i zaczął w nim gospodarowanie. Feliks  w 1834 objął Kołonice i poznał swoje przykre położenie. Majątek był podupadły, obciążony niezapłaconymi podatkami. Nadto Feliks był przez sąd zobowiązany do łożenia na uczącego się brata i Matkę mieszkających we Lwowie. Feliks wziął się do pracy i już po roku długi i podatki spłacił oraz inwentarz znacznie powiększył. Stał się tez częstym gościem u stryja w Komborni, który uważnie obserwował jego poczynania. Widać Feliks pierwszy egzamin zdał, bo w 1835 roku stryj postanowił dać mu nieograniczonym pełnomocnictwo do rozporządzania majątkiem. Feliks administracji dóbr się nie podjął, ale interesy sądowe stryja przejął i gorliwie się nimi zajmował. Boże Narodzenie i nowy rok 1837 świętował Feliksa ze stryjem w Komborni. Stryj wyjazd Feliksa odwlekał, wreszcie poprosił go by go już nie opuszczał i zamieszkał w Komborni. Feliks propozycję przyjął i udał się do Kołonic już tylko by zamknąć gorzelnie i sprzedać inwentarz. Powrót do Komborni opóźniał się jednak bardziej za sprawą karnawału, niż spraw gospodarskich. Wysłał wiec posłańca do stryja by się wytłumaczyć z opóźnienia. Posłaniec powrócił z listem od Stanisława, w którym ten przynaglał go do powrotu do Komborni informując, że ledwie, co z zapalenia płuc zdrowieje. Feliks ruszył wiec więcej nie zwlekając. Po drodze spotykały go jednak kolejne przypadki podróż opóźniające a to: imieniny kuzynki, do której po drodze wstąpił, po drodze od niej oś u bryczki się złamała, potem koło pękło, na ostatek koń zachorował. Kiedy wreszcie do Komborni dotarł po 9 wieczorem zastał poruszenie spowodowane nawrotem choroby stryja. Kiedy stryj dowiedział się o przyjeździe Feliksa przywołał go do siebie by upewnić się ze już ostatecznie w Komborni osiądzie. Następnego dnia Feliks zapadł na zdrowiu zapewne w następstwie pełnej przygód podróży. Na to, spodziewając się zastać go umierającym, do Komborni zjechała Ludwika Rosnowska, siostra Stanisława mieszkająca w pobliskim Haczowie. Był to ostatni skrawek majątku, jaki jej pozostał gdyż klucz Besko, Doline Bykowce i Paszowę już utraciła. Mając informatorów w Komborni starała się trzymać rękę na pulsie wydarzeń by przejąć schedę po bracie. Była niedziela 19 lutego. Stanisława poirytowały opowieściami siostry o jej kłopotach, domyślając się, do czego zmierzała, po obiedzie kazał dla niej zaprzęgać i wyprawił ją do domu prawie bez pożegnania. Po kolacji wezwał stryj Feliksa do swego ulubionego gabinetu zwanego „Jaskinką”, by opowiedzieć mu koleje swojego życia. Około drugiej w nocy obudził Feliksa lekarz domowy mówiąc, że Stryjowi się pogorszyło. Kiedy wezwany doktor, ks. Sacher ze Starej Wsi, uświadomił Stanisławowi, że życie kończy, przekazał on Feliksowi klucze do trzech biur stojących w salonie.
Około 10-tej,  20 lutego przyjechała też pani Rosnowska, której doniesiono o poważnym stanie brata. Stanisław jednak nie pozwolił by ją do niego wpuszczono. Siedząc na kanapie w „Jaskince” pożegnał się z Feliksem, nakazał wikaremu czytanie modlitwy, wziął w ręce gromnicę i tak odszedł. Kiedy Ludwika zobaczyła wychodzącego z pokoju, mocno wzruszonego Feliksa, domyśliła się, co zaszło i od razu złożyła mu propozycje, aby wybrał sobie co chciałby z majątku stryja otrzymać ona gotowa jest zaraz dokument podpisać, pod warunkiem ze Feliks natychmiast po tym z Komborni wyjedzie.

Zaskoczony i zgrozą przejęty Feliks słowa nie mógł wypowiedzieć, Ludwika wiec propozycje powtórzyła dorzucając jeszcze, że inwentarz i meble mu zostawi. Kiedy Feliks odzyskał głos, powiedział Ludwice ze musi zając się pochówkiem, jeżeli zaś testament się nie znajdzie sam wyjedzie nic od niej nie przyjmując. Następnie pamiętając, co Ludwika zrobiła z testamentem własnego ojca poprosił Sędziego by w obecności trzech świadków i zaufanego kamerdynera strojowego, niejakiego Pigonia, poszukał testamentu w biurach stryja stojących w salonie, do których klucze dostał od stryja przed śmiercią. Testamentu nie znaleziono. Zniknął też Pigoń, co zaniepokoiło Feliksa. Udał się, więc do gabineciku gdzie stryj spoczywał i zastał tam Pigonia przetrząsającego papiery w szufladzie stolika. Zaskoczony kamerdyner trzymany w ręce papier schował miedzy inne, a naciskany wyjął go ponownie z udaną radością, że właśnie testament znalazł, wybiegł z pokoju. Daleko jednak nie uciekł, bo w następnym pokoju wpadł na trzech księży, domowników i sędziego. Sędzia testament odebrał i na głos odczytał. Ludwika Rosnowska usłyszawszy, że mocą testamentu dostała jedynie dożywocie Haczowa, zaczęła złorzeczyć bratu, obiecała Feliksowi ze go procesami zniszczy i nie czekając pogrzebu odjechała. Po pogrzebie, nie bez przeciwności udało się Feliksowi uzyskać formalnie administrację majątkiem, który już z braku gospodarza zaczęli dzierżawcy i oficjaliści bez skrępowania okradać. W tym momencie zaczęły się także jego kłopoty. Gotówki w majątku nie było, na pogrzeb stryja Feliks musiał pieniądze pożyczyć. Stan majątku był opłakany a na domiar złego opadli Feliksa wierzyciele i kary za niezapłacone podatki. Pani Rosnowska obietnicy dotrzymała, wszczynając proces o przejęcie administracji i obalenie postanowień testamentu. Do tego dołożyły się konflikty z bratem Ignacym. Postanowieniem testamentu majątek przypadał obu braciom ( Feliksowi i Ksaweremu) niestety bez precyzyjnego wskazania, co któremu z braci przypada.

Feliks zabrał się do pracy i w cztery lata, spłacił wszystkie zaległości podatkowe i większa cześć długów, doprowadził majątek do porządku i wygrał proces z Ludwika Rosnowska o administrację i obalenie testamentu. 15 stycznia 1841 roku bracia ostatecznie podzielili miedzy siebie majątek. Feliks pozostał w Komborni Ignacy zaś osiadł w Haczowie. Jednocześnie bracia ustanowili zapewne rodzaj majoratu, który poprzez dziedziczenie dóbr w linii męskiej zapewniała utrzymanie ich w całości przez rodzinę.

Wkrótce Feliks poznał na balu pannę rzadkiej piękności Emilię Górską i oddał jej serce. Panna uczucia odwzajemniła i w listopadzie tegoż samego 1841r odbył się ślub, w lwowskim kościele xx. Bernardynów. Wkrótce po powrocie młodej pary do Komborni Emilia zasłabła. Kuracje u źródeł iwonickich w Szczawnicy i Krynicy, poprawiły stan jej zdrowia, jednakowoż zdiagnozowano u niej wadę, która uniemożliwić jej miała posiadanie dzieci. Małżonkowie, każde na swój sposób zmagało się z tym doświadczeniem. Emilia zajęła się ubiorem i zabawami o majątek nie dbając. Feliks poddał się woli boskiej, uznając, że tego, co ma wystarczy mu do śmierci, po której i tak majątek miał dostać się bratu Ignacemu.
I tak nadszedł rok 1846.

Stanisław Pigoń, najsłynniejszy z potomków komborniańskich włościan w swoich wspomnieniach przekazuje, że właściciel Komborni brał czynny udział w przygotowaniach do powstania: we dworze wyznaczono ponoć punkt zborny dla powstańców a w izbie czeladnej wypiekano chleb na ich potrzeby.

Sam Feliks w swoim pamiętniku absolutnie temu przeczy utrzymując, że styczeń i luty tego roku spędził w domu chorując. Na wieści o wydarzeniach w tarnowskiem udał się do Krosna by zasięgnąć języka. Zaniepokojony tym, co się dowiedział wrócił pospiesznie do Komborni dla ratowania żony. Tam zastał kilkunastu emisariuszy z bronią, którzy mieli zamiar rewolucje ogłosić i zabrać go ze sobą, gdy się opierał zagrozili mu bronią. Emisariusze w powstanie chłopskie nie uwierzyli, zdołał ich jednak Feliks przekonać by pojechali najpierw do Sanoka by sytuacje rozeznać. Jechali przez Haczów gdzie Ignacy do nich dołączył i z trudem wydostali się z otoczonego przez chłopów dworu. Później było już tylko gorzej. Zatrzymali się we Wzdowie u Teofila Ostaszewskiego, tam obradowano, co dalej czynić. Na fałszywą wieść o nadciągającym wojsku, niedoszli powstańcy rozpierzchli się w popłochu. Ignacy postanowił wracać do Haczowa, ale Feliksa nie chciał ze sobą zabrać. Nazajutrz, gdy Feliks z Teofilem Ostaszewskim palili fajki przy kawie, chłopi napadli na dwór. Podczas gdy niszczyli i rabowali, Ostaszewki wyprowadził Feliksa ku stajniom, ale tam chłopi ich znaleźli i powlekli do karczmy gdzie ich obrabowano z pieniędzy i skrępowano. Przez następne godziny zwożono tam okoliczną szlachtę i księży srodze poturbowanych. Z rozkazu władz wszyscy żywi i martwi mieli być dostarczeni do Sanoka. Podstawiono sanie i pozbawionym śniegu gościńcem wieziono. Kiedy dojechali do Jaćmierza ujrzeli cała ulicę wjazdową napełniona tłumem ludu uzbrojonego w pałki cepy, widły i żelazne drągi. Na widok sań tłum się rozstąpił formując szpaler. Gdy wjechali w szpaler spadł na ich głowy grad pałek. Feliks, krwią zalany, padł bez zmysłów w głąb sań. Odtąd takie powianie gotowali jeńcom mieszkańcy kolejno mijanych wsi. Feliks nic jednak o tym nie wiedział, ominęły go razy gdyż nawet towarzysze uznali go za umarłego. Oprzytomniał dopiero u bram Sanoka. Tam wojsko przejęło eskortę i teraz ono pastwiło się nad jeńcami. Cudem uniknął Feliks dobicia kolbą przez żołnierza, który w ostatniej chwili się zawahał rozpoznawszy w nim swego pana. Zamknięto ich następnie na dwie doby bez światła, wody, pokarmu a nade wszystko pomocy lekarza. Rany Feliksa były śmiertelne i pierwszy z lekarzy, jakich w końcu wpuszczono do celi uznał, że szkoda czasu na ich opatrywanie. Drugi z lekarzy zlitował się i go jednak opatrzył. Po kilku koszmarnych dniach przyprowadzono na widzenie żonę Feliksa. Ten ledwo ją rozpoznał tak była zmarniała. Kiedy zaś ona zobaczyła rany na jego głowie zemdlała. Dnia następnego znowu się zobaczyli. Emilia opowiedziała co działo się w Komborni po jego wyjeździe. Około południa nadeszła do dworu gromada z Korczyny w liczbie kilkuset uzbrojonych chłopów. Szukali Feliksa i broni. Nie znalazłszy, pobili lekarza domowego i związanego do karczmy zawlekli gdzie już reszta oficjalistów zgromadzona była. Po południu podobny najazd miał miejsce. Tym razem dwór odwiedziły gromady wsi Jabłonica i Malinówka. Nie znalazłszy broni zrabowali potrzebniejsze rzeczy i odeszli. Pani Emilia oba napady przesiedziała ze służąca w małym pokoiku, gdzie jej nie odkryto. Wieczorem wpada do dworu poczciwy chłop Ignacy Takadaj ostrzegając o nadchodzącej wielkiej ciżbie od Korczyny, która życia ją pozbawi niechybnie, radził uciekać do Iskrzyni gdzie Gromada ją pod opiekę przyjmie. Emilia i jej służąca przebierają się za wieśniaczki i przez zaspy, na przełaj, uciekają. Stanisław Pigoń przytacza przekaz, wg którego całą tę drogę zacny Takadaj Emilię na własnych plecach niósł. Wójt Iskrzyni ukrył Emilie najpierw w małym domku dając straż z 20 chłopów, potem w chacie Piotra Stepka. Po dwóch dniach wójt dowiedział się, że chłopi na targu w Komborni uradzili porwać ją z Iskrzyni i w kajdanach odstawić do Sanoka. Dał jej więc zaświadczenie, że jest chorą chłopką i do Dukli, do lekarza, zmierza. Następnie w przebraniu, na prostym wozie, ją wyekspediował. Ledwie wóz wyjechał z Iskrzyni zatrzymał ich powóz i fura z żołnierzami pod bronią. Nieznajomy oficer wysiadł z wozu i zapytał: „... kto i dokąd jedzie?...”. Emilia zaświadczenie pokazała a oficer, spostrzegłszy rękawiczki na jej dłoniach, rzekł.: ...”rozumiem, Pani Urbańska ucieka, a ja właśnie jadę ją ratować. Prószę wsiadać, oto powóz hrabiego Męcińskiego”.... Dojechawszy do Dukli Emilia się rozchorowała. Wezwany lekarz omal do śmierci jej nie doprowadził przekazując fałszywą wiadomość o śmierci męża. Znów uratował ją nieoceniony Takadaj, który wcześniej udał się do Sanoka by dowiedzieć się czegoś o Feliksie i wiadomość o jego uwiezieniu przywiózł. Emilia, nie zważając na stan swojego zdrowia, uzyskawszy dwóch żołnierzy eskorty pospieszyła do Sanoka. Tymczasem stan zdrowia rannego i zakutego w kajdany Feliksa pogorszył się znacznie. Emilia, chcąc go chociaż od śmierci ratować, wystarała się o przeniesienie męża do szpitala wojskowego, gdzie też mogła go częściej odwiedzać. Tymczasem dom w Komborni został przez chłopów zrabowana doszczętnie, 800 tomów z biblioteki zniszczono, w majątku spichrze ogołocono, ziemniaki z kopców poradzono, inwentarz sprzedano lub zrabowano. Feliks straty wycenił na 40 000 złotych reńskich. Całe gospodarstwo pozbawione było opieki gdyż służbę Feliksa uwięziono także, by wydobyć z niej jakieś, Feliksa obciążające, zeznania. Uwięziony Feliks bezsilnie patrząc na upadek, jeszcze kilka miesięcy wcześniej dobre dochody rokującego, majątku, by jego reszty nie stracić, puścił go w dzierżawę. Dopiero w maju 1846 wypuszczono go z więzienia. Dowiedział się wtedy ze pobyt w nim i zakucie w kajdany zawdzięcza bratu Ksaweremu, który doniósł urzędowo staroście, że od Komborni wybuchu powstania się spodziewa. Po trzech dniach od złożenia tego doniesienia chłopi wśród innych jeńców i Ksawerego przywieźli do Sanoka. Starosta natychmiast go uwolnił. Żegnając się ze starostą, Ksawery, w obecności innych urzędników, opowiedział, że został napadnięty przez Feliksa i pod przymusem musiał z nim do Wzdowa jechać. To zeznanie kazało staroście traktować Feliksa jak jednego z inicjatorów powstania.

Nie chcąc patrzyć na to, co stało się z owocami jego kilkunastoletniej pracy, uwolniony już Feliks pozostał we Lwowie. Poważnie podupadł również na zdrowiu. Kuracje jak i życie we Lwowie było kosztowne, ponadto ciążyły nad nim długi. Sprzedał wiec Kołonice. Mając zapewnienie lekarzy, że dzieci mieć nie będą, „nie był rachunkowy” i pieniądze szybko się rozchodziły. Do tego jeszcze dwukrotnie był więziony. Pobytu w mrocznych i wilgotnych piwnicach zrujnowały do reszty jego zdrowie. Kolejna katastrofa, jaką była Wiosna Ludów zastała go we Lwowie. W tym też momencie kończy się relacja I-ego tomu jego pamiętników, drugi zaś zaginął. Z zapisów pamiętnika wiemy jeszcze na pewno, że w 1850 Feliks wyjeżdża do Baden pod Wiedniem na kurację, gdzie spisuje swoje wspomnienia. W trakcie zapada też na tyfus. Wstęp do pamiętników, napisany został znacznie później, bo w 1859 roku w Komborni- ma formę listu, w którym Feliks żegna się ze swoimi dziećmi. Czyżby więc gdzieś pomiędzy 1850, a 1859 umarła Emilia a Feliks ponownie się ożenił i ma dzieci, których wcześniej nie oczekiwał? Gdzieś pomiędzy spisaniem pamiętników, około 1850, a napisaniem wstępu, w 1859, życie Feliksa musiało się zasadniczo zmienić, na co wskazuje diametralnie różny ton jaki przebija z narracji. W pamiętnikach Feliks opisuje nam siebie jako człowieka dotkniętego niekończącym się pasmem nieszczęść. Ze wstępu przebija zaś obraz człowieka mądrego doświadczeniem i szczęśliwego. Feliks z uwielbieniem pisze o swojej (nowej?) żonie widząc, od dnia ich ślubu, życie swoje na dobre odmienionym. Jednocześnie zaznacza, że matka będzie musiała zastąpić ojca, z czego można wnosić, że spodziewał się rychłej śmierci. Już w latach 60-tych XIX wieku w galicyjskich skorowidzach miejscowości jako właściciel Komborni występuje Piotr Tchorznicki. W następnym dziesięcioleciu Kombornię, tytułem spadku po nim, otrzymuje na własność Maria Urbańska (matka Marii była rodzoną siostrą Tchorznickiego), od 1867 roku zamężna z Henrykiem Szeliskim h. Szeliga. Wywodził się on ze szlachty osiadłej w XVI wieku w Szeligach w opatowskiem. W 1894 r. Henryk Szeliski otrzymał od papieża Leona XIII tytuł hrabiowski. Maria Szeliska zmarła przed 1914 roku, jej maż zaś w okresie I wojny światowej. Nie mając własnego potomstwa Henryk zapisał Kombornie swojemu imiennikowi, może dalekiemu krewnemu, młodemu jeszcze wówczas chłopcu Henrykowi Antoniemu Szeliskiemu (urodzonemu w 1900 roku w Mierzwinie, koło Jędrzejowa). Po wybuchu II wojny światowej Szeliski zaangażował się w działalność konspiracyjną. Został jednak zadenuncjowany, a następnie aresztowany przez Niemców i wywieziony do Oświęcimia, gdzie zmarł 20.5.1941 roku. Niemcy przejęli majątek, zaś jego administratorką została Marta Mader, sprawczyni denuncjacji. Wymiar osobistej tragedii jaka dotknęła hrabiego za sprawą tej kobiety jest tym większy że była ona towarzyszką jego życia. W świadomości otoczenia byli małżeństwem, ślub ich miał mieć miejsce w 1926 roku w Poznaniu. Jednak w opozycji do formalności tego związku stoi akt zgonu hrabiego, wydany przez obóz oświęcimski, z którego wynika że opuścił ten swiat bedąc w stanie bezżennym. Kto i dlaczego mijał się z prawdą w tej materii pozostaje tejemnicą. Kombornianie nie zapomnieli żonie hrabiego jej zdrady i jak wieśc gminna niesie, pod koniec wojny wywiezli ją z dworu na gnoju.

Niemcy prowadzili we dworze gospodarstwo rolne, zatrudniając polskich robotników rolnych. Pod koniec lipca 1944 roku, zaczęli wywozic inwentarz dworski i co cenniejsze ruchomosci. Dewastacji dopełnili żołnierze radzieccy, zajmujący czas jakiś dworskie pomiszczenia. W komnatach palili ogniska a w parku można było oglądać porozrzucane okazy dawnej zbroi.

Jeszcze na mocy orzeczenia sadu okręgowego w Jaśle z 1943 roku, znacznie już okrojone dobra, wraz z rezydencją, objąć miała, prawdopodobnie spokrewniona z Szeliskim, Stefania Januszewska, pedagog Wyższej szkoły Muzycznej im. Karola Kurpińskiego w Warszawie, zamieszkała po wojnie w Wielkiej Brytanii. Ona z kolei pragnęła, by zajęty po wojnie przez władze PRL dwór przekazać macierzystej uczelni z przeznaczeniem na ośrodek muzyczny lub dom wypoczynkowy. Szkoła darowizny jednak nie przyjęła i majątek po rozparcelowaniu podzielił smutne losy innych siedzib ziemiańskich, jakie spotkały je po 1945 roku. 196 hektarów użytków rolnych rozdzielonych zostało pomiedzy 180 komborskich rolników. Z obszaru dworskiego wyłączono 12,1 ha dla Państwowej Stacji Traktorów i ostatecznie przekazano Gminnej Spółdzielni Samopomocy Chłopskiej. Z protokołów z 1946 roku wynika, że w skład wydzielonego obszaru wchodziło 11 budynków, niewyszczególnionych jednak pod względem pełnionych dotychczas funkcji.

Przez krótki czas w domu pańskim mieściła się szkoła rolnicza. Do lat 50-tych w oficynie mieszkała dawna służba dworska. W roku 1952 dokonano remontu dachu i zmniejszono otwory okienne domu adaptując na potrzeby Zakładów Zbożowych. Od tego momentu do roku 1978 budynek wraz z kaplica i oficyną pełnił funkcje magazynu zbożowego. W 1974 dwór wraz z parkiem i spichlerzem został przekazany Akademii Medycznej w Krakowie. W latach 1979 –1989 wykonany został gruntowny remont dworu. Choć odremontowany, dwór nie został wyposażony i nie rozpoczął pełnienia swojej funkcji. W latach 90-tych XXw właścicielem jego stał się Uniwersytet Jagielloński, skutkiem decyzji senatów UJ i Akademii Medycznej o przywróceniu przedwojennej struktury. W 1998 Uniwersytet Jagielloński sprzedał Dom Pracy Twórczej w Komborni firmie Nowy Styl z Krosna. Spółka rozpoczęła prace modernizacyjno – remontowe, realizowane w powolnym tempie. Ostatecznie w roku 2007, nie kończąc ich, sprzedała zespół dworski wraz z parkiem i spichlerzem firmie RSF z Zabierzowa.

Na przestrzeni stuleci Kombornia wielokrotnie zmieniała przynależność administracyjną. Od poczatków swojego istnienia do pierwszego rozbioru Polski znajdowała się w obrębie Ziemi Sanockiej i podlegała administracyjnie Sanokowi. Od 1772 roku Galicja dostała się pod panowanie Austrii. Kombornia wtedy należała do obwodu (cyrkułu) krosnieńskiego, przemianowanego następnie na starostwo powiatowe. W 1859 roku znalazała się w powstałym ówcześnie powiecie krośnieńskim. Od 1935 roku nalezała do gminy zbiorowej Korczyna. Od 1955 roku wraz z Wolą Komborską stała się samodzielną gromadą, by w 1973 roku na powrót wejść w skład nowo utworzonej gminy Korczyna. Po reformie administracyjnej w 1975 roku, likwidującej powiaty i zmieniającej podział wojewódzki, Kombornia znalazła sie w województwie krośnieńskim w gminie Korczyna.

Źródła